Młodzi w Łodzi » Z Warszawy do Łodzi — moda na geoarbitraż
Z Warszawy do Łodzi — moda na geoarbitraż14.09.2010
Pracują na wysokich stanowiskach, dobrze zarabiają i… z Warszawy postanowili przeprowadzić się do Łodzi. Dlaczego? Bo tutaj jest taniej.
To, że łodzianie codziennie dojeżdżają do pracy w stolicy, nikogo nie dziwi. Od niedawna jednak trend ten zaczął się odwracać. Coraz więcej warszawiaków decyduje się na budowę domu w Łodzi. — Tutaj jest po prostu dużo taniej — twierdzą zgodnie.
Z Łodzi do Warszawy w mniej niż dwie godziny
Paweł Glanc piastuje wysokie stanowisko w banku. Oczywiście w Warszawie. Razem z żoną i dwójką dzieci mieszka jednak w domu koło łódzkich Łagiewnik. — Wiesz, znajomi biorą kolejne kredyty na mieszkania. Zadłużają się i kupują 9-metrowe lokum w paskudnej dzielnicy — mówi Paweł. — Ja niemal za te same pieniądze mam piękny dom pod lasem i na dodatek w dużym mieście — uśmiecha się.
Nie przeszkadzają mu codzienne dojazdy do pracy, żartuje nawet, że droga do banku zajmuje mu mniej czasu niż kolegom. — Warszawa to najbardziej zakorkowane miasto w Polsce — twierdzi Paweł. — Droga z jednego jej krańca na drugi zajmuje 2 godziny, ja trasę Łódź-Warszawa pokonuję krócej — zapewnia.
Paweł dobrze czuje się w naszym mieście i nie tęskni za „warszawką”. — Zdajesz sobie sprawę, jakie masz szczęście, że jesteś łodzianką? — kieruje do mnie pytanie. — Miast takich jak Warszawa, tylko że jeszcze większych i bogatszych jest na świecie mnóstwo, a Łódź jest absolutnie niepowtarzalna — mówi Paweł. Aż trudno uwierzyć, że te słowa padają z ust rodowitego warszawiaka. Choć sam przyznaje, że uroki naszego miasta odkrył dopiero po przeprowadzce. — To nie było tak, że zakochałem się w Łodzi i postanowiłem tu zamieszkać. Oj nie! — przyznaje. — Szukałem po prostu dużego miasta, niedaleko Warszawy, której jednocześnie jest dużo tańsze — tłumaczy. Padło na Łódź. — Teraz nie wyobrażam sobie rodzinnego życia gdzie indziej.
„Pracodawcy nie wiedzą, że mieszkam w Łodzi”
Życie w naszym mieście polubił również Mariusz Staniszewski, który przez ostatnie 32 lata swojego życia mieszkał w Warszawie. — Koszty utrzymania są tam zabójcze — przyznaje. — Byle mieszkanie kosztuje majątek. Wiesz, że żyjesz tu półdarmo? — pyta. Kiedy odpowiadam, że zarobki w Warszawie są proporcjonalne do kosztów utrzymania, Mariusz uśmiecha się chytrze, ale przyznaje mi rację. — Pewnie, że tak. Dlatego pracuję tam, a mieszkam tu. Proste — tłumaczy. — Dzięki temu stać mnie na porządne mieszkanie, wakacje latem i narty zimą. Nie liczę każdego grosza — mówi otwarcie. Mariusz ma szczęście, bo może pracować zdalnie, jest grafikiem. — Przyjmuję zlecenia od warszawskich firm. Większość moich klientów nawet nie wie, że mieszkam w Łodzi — przyznaje.
Czasami jednak tęskni za Warszawą. — Tam mieszkają moi rodzice, właściwie cała rodzina i sporo przyjaciół — mówi. — W Łodzi jednak też już mam wielu znajomych, a do tych warszawskich mogę pojechać w każdy weekend, a święta zawsze spędzam w rodzinnym mieście — opowiada.
Geoarbitraż w mikro skali
To co zrobili Paweł i Maciek fachowo nazywa się geoarbitrażem. — Pierwotnie geoarbitraż to zarabianie pieniędzy w bogatym kraju, a wydawanie ich w kraju dużo biedniejszym — tłumaczy Michał Świder, socjolog. — Dlatego coraz więcej Polaków decyduje się zamieszkać na przykład w Tajlandii, gdzie zamiast mieszkania w bloku, za te same pieniądze kupią sobie dom z widokiem na morze — tłumaczy. Na takie wywrócenie życia do góry nogami decydują się jednak nieliczni. Dlatego też narodził się geoarbitraż w skali mikro. — Stąd migracje po Polsce — osądza Świderski. — Łatwiej jest przecież mieszkać w innym mieście, ale w swoim kraju, niż wybrać emigrację do kraju zupełnie innego kulturowo — dodaje. Jego słowa potwierdza Katarzyna Rajewska, psycholog. — Życie w Tajlandii na pewno nie jest dla wszystkich — mówi. — Dużo łatwiej podjąć decyzję o przeprowadzce, jeśli pozostajemy w ojczyźnie, miejscu w którym mieszka nasza rodzina i przyjaciele — tłumaczy.
Łódź vs Kraków
Doskonale rozumie to Aneta, która trzy lata temu razem z mężem przeprowadziła się z Krakowa do Łodzi. — Jestem tłumaczką i pracuję zdalnie, mąż podobnie. Decyzja o zmianie miejsca zamieszkania nie była trudna. mówi. — Oszczędności są ogromne, a jakość życia taka sama jak w Krakowie, tylko ceny dużo niższe — przyznaje. Aneta żałuje tylko, że nie może wpaść na niedzielny obiad do rodziców. — To rzeczywiście już spora wyprawa — mówi. — Dlatego najczęściej jeździmy do Krakowa na kilka dni — dodaje. Mimo tego nie żałuje swojej decyzji. — Stać mnie na to, by zapewnić dzieciom świetne szkoły (bo w Łodzi takie są), angielski, basen, wakacje — wylicza. — No może jak dziewczyny dorosną to wrócą na studia do Krakowa. Wiesz, ta magia Uniwersytetu Jagiellońskiego…
Źródło: www.mmlodz.pl

Pracują w Wawie mieszkają w Łodzi Autor: MMLodz