„Kto po stu­diach wycho­dzi na rynek pracy, jest inwa­lidą”23.10.2010

Jakie ma zna­cze­nie, czy ktoś ma 10 milio­nów, czy 30 milio­nów, czy 300, nie ma to zna­cze­nia, bo to i tak jest dużo pie­nię­dzy. Jest jakiś poziom zaspo­ko­je­nia pod­sta­wo­wych potrzeb, czyli miesz­ka­nie, samo­chód, wydatki na jedze­nie, podróże itd., a powy­żej to już jest jakaś abs­trak­cja.

Roz­mowa z Rafa­łem Agniesz­cza­kiem, lat 30, współ­wła­ści­cie­lem kil­ku­na­stu ser­wi­sów inter­ne­to­wych, naj­słyn­niej­szy to Fotka.pl

Kry­styna Naszkow­ska: Pierw­sze pie­nią­dze zaro­bił pan…

Rafał Agniesz­czak: …kiedy mia­łem 13 – 14 lat. Zaro­bi­łem je na roz­da­wa­niu ulo­tek. Naj­pierw sam je roz­no­si­łem, a potem wyna­ją­łem do tego kole­gów, a sam zaj­mo­wa­łem się tylko orga­ni­za­cją. Na tym polega pro­wa­dze­nie biz­nesu — trzeba zna­leźć ludzi, któ­rzy wyko­nują jakąś pracę za nas, a my mamy tylko orga­ni­zo­wać ten biz­nes. Samo roz­no­sze­nie ulo­tek to nie jest biz­nes.

To jest pana defi­ni­cja biz­nesu?

- Może nie defi­ni­cja, ale istota tego, czym on jest. Jeśli np. mam kiosk Ruchu i sprze­daję w tym kio­sku, to też jest biz­nes, ale jed­no­oso­bowy. Mnie nigdy taki biz­nes nie inte­re­so­wał, bo on nie daje moż­li­wo­ści roz­woju. Nie po to zakła­dam inte­res, żeby stać w miej­scu. Dla mnie to było zawsze budo­wa­nie grupy ludzi, któ­rzy pomogą mi zro­bić biz­nes.

Od kiedy wie­dział pan, że zosta­nie biz­nes­me­nem?

- Chyba od zawsze chcia­łem rzą­dzić, a nie być rzą­dzo­nym. I kiedy w ósmej kla­sie pod­sta­wówki, to był rok 1992 albo 1993, na wycieczce wpa­dła mi w ręce gazeta „Busi­ness­man Maga­zine”, to pomy­śla­łem, że zajmę się biz­ne­sem, bo nikt mną nie będzie rzą­dził. Posze­dłem potem do liceum eko­no­micz­nego, choć nie lubię eko­no­mii, a potem na stu­dia na SGH do War­szawy.

Biz­nes­men może nie lubić eko­no­mii?

- Jasne. Zawsze uni­ka­łem przed­mio­tów, które mają w nazwie eko­no­mia, makro­eko­no­mia. Po eko­no­mii to można być księ­go­wym, ewen­tu­al­nie mini­strem finan­sów, nato­miast biz­nesu to nikt taki raczej nie pro­wa­dzi. Stwier­dzi­łem od razu, że jak będę potrze­bo­wał księ­go­wego, to sobie go wynajmę, nie muszę wie­dzieć, jak pro­wa­dzi się księgi rachun­kowe. Stu­dio­wa­łem zarzą­dza­nie i mar­ke­ting.

To jak pan budo­wał ten swój pierw­szy poważny biz­nes już w War­sza­wie?

- W 1999 zro­bi­łem maturę i posze­dłem na stu­dia zaoczne na SGH. Wybra­łem stu­dia zaoczne, bo chcia­łem pra­co­wać. Uwa­żam, że ludzie, któ­rzy po stu­diach, w wieku 24 lat, wcho­dzą na rynek pracy, są już inwa­li­dami, są nie­peł­no­sprawni. Pięć lat pracy daje dużo wię­cej doświad­cze­nia niż jakieś zaję­cia na uczelni.

A od czwar­tej klasy szkoły śred­niej pro­wa­dzi­łem swoją stronę inter­ne­tową, była wtedy już cał­kiem popu­larna. Miała pierw­sze, dru­gie miej­sce w Pol­sce w kate­go­rii tele­ko­mu­ni­ka­cji, bo to była strona o komór­kach.

Ta strona dawała panu jakieś pie­nią­dze?

- Pie­nią­dze może nie, bar­dziej satys­fak­cję, poczu­cie, że jestem po tej dru­giej stro­nie inter­netu, nie tych, któ­rzy kon­su­mują, tylko po tej, któ­rzy two­rzą. I kiedy zda­łem na stu­dia, to w listo­pa­dzie napi­sała do mnie firma inter­ne­towa, nazy­wała się Ahoj.pl, z pro­po­zy­cją pracy dla nich.

Oni pana wyłu­skali? Zoba­czyli tę pana stronę i sami się do pana zgło­sili?

- Tak. To byli mło­dzi ludzie. Ich pro­po­zy­cja wyglą­dała tak: Rafał, słu­chaj, ty jesteś zaje­bi­sty, my jeste­śmy zaje­bi­ści, więc zróbmy coś zaje­bi­stego. To jest dokładny cytat. Zgo­dzi­łem się, oni prze­jęli moją stronę do swo­jego por­talu. Mia­łem 19 lat, oni mi dawali pięć tysięcy pen­sji, plus kil­ka­na­ście tysięcy na zaakli­ma­ty­zo­wa­nie się w War­sza­wie. To nie był co prawda wła­sny biz­nes, ale bez sensu było nie sko­rzy­stać. Nadal robi­łem to samo, tylko dosta­wa­łem pie­nią­dze.

Wyna­ją­łem miesz­ka­nie, biuro mie­li­śmy na Smol­nej, w cen­trum War­szawy, i przez rok się poba­wi­li­śmy. Ja mówię poba­wi­li­śmy, ponie­waż my nigdy nie zara­bia­li­śmy dużych pie­nię­dzy, tylko wyda­wa­li­śmy. Podobno prze­je­dli­śmy 20 milio­nów dola­rów w ciągu roku.

My to kto?

- My to cały por­tal. Pra­co­wało tam ok. 120 dzien­ni­ka­rzy. Ja byłem kimś w rodzaju kie­row­nika pro­jek­tów. Po roku oka­zało się, że jest krach na świe­cie, nagle wszy­scy prze­stali wie­rzyć w inter­net, i stra­ci­łem pracę. Wtedy mia­łem wybór: albo napi­szę pierw­sze w życiu CV i pójdę do pracy gdzieś w kor­po­ra­cji, albo założę wła­sną firmę. Wybra­łem to dru­gie. Zna­łem z Ahoja dobrego pro­gra­mi­stę Andrzeja Cie­śliń­skiego i razem zało­ży­li­śmy por­tal Fotka.pl.

Zało­ży­li­ście spółkę?

- Nie­for­malną. Zna­li­śmy się i stwier­dzi­li­śmy, że będziemy razem robić biz­nes. Zało­ży­li­śmy tę stronę, ale wcale nie byli­śmy prze­świad­czeni, że to będzie nasz główny biz­nes i że będziemy z tego żyli przez naj­bliż­szych dzie­sięć lat. Po pro­stu zro­bi­li­śmy fajną stronę. On wró­cił do Elbląga, ma tam swoje miesz­ka­nie, żonę, dzieci i tam pro­wa­dzi naszą firmę. W Elblągu zatrud­niamy 40 osób. Ja zosta­łem w War­sza­wie i tu pil­nuję inte­re­sów. Dopiero po dwóch latach, w 2005, zało­ży­li­śmy for­malną spółkę z o.o., w któ­rej mamy po 50 proc. udzia­łów.

To prawda, że zało­że­nie tej strony kosz­to­wało was tylko 200 zło­tych?

- Tak. Tyle kosz­to­wało kupno domeny inter­ne­to­wej.

Fotka.pl ma ok. pię­ciu milio­nów użyt­kow­ni­ków, a wy zara­bia­cie na niej od kilku lat po mniej wię­cej dwa miliony zło­tych rocz­nie na czy­sto. To feno­men, bo por­tale spo­łecz­no­ściowe z tru­dem zara­biają jakie­kol­wiek pie­nią­dze. Dla­czego wy odnie­śli­ście suk­ces, jak pan myśli?

- Jest taka pira­mida potrzeb Masłowa i tam potrzeba akcep­ta­cji, obec­no­ści w jakimś oto­cze­niu, pozna­wa­nia innych osób jest dosyć wysoko usta­wiona. Nasz ser­wis tę potrzebę reali­zo­wał. I byli­śmy pierwsi w Pol­sce, któ­rzy zro­bili coś, co po kilku latach oka­zało się ser­wi­sem spo­łecz­no­ścio­wym, my nie zna­li­śmy tej nazwy, nie ist­niało coś takiego. Po pro­stu robi­li­śmy ser­wis spo­łecz­no­ściowy kilka lat przed tym, nim w ogóle ktoś wymy­ślił takie poję­cie.

Stwier­dzi­li­śmy, że zro­bimy ser­wis ze zdję­ciami, bo po doświad­cze­niach z Ahoja uwa­ża­li­śmy, że treść jest zbyt droga, trzeba za nią pła­cić. To m.in. wyło­żyło tam­ten por­tal. Stwier­dzi­li­śmy więc, że nie będziemy pła­cić za treść, a nikt nie będzie do nas pisał arty­ku­łów za darmo.

I jedyną rze­czą, którą możemy mieć za darmo, są zdję­cia użyt­kow­ni­ków.

Do 2007 r. wasze zyski rosły astro­no­micz­nie, a teraz?

- Teraz nasza popu­lar­ność usta­bi­li­zo­wała się na pozio­mie, powiedzmy, dwóch trze­cich tego, co było w szczy­to­wej for­mie w 2007 r. Myślę, że nasz por­tal nie będzie spa­dał, ale będzie zależny od demo­gra­fii i tego, ile będzie osób w danym wieku wcho­dziło na rynek. Nasi odbiorcy to grupa od 15 do 25 lat, ale z prze­wagą tych młod­szych.

Jakie jesz­cze ma pan biz­nesy?

- Razem z Andrze­jem mamy jesz­cze Świstak.pl — ser­wis aukcyjny. W porów­na­niu z Alle­gro to jest marny pył, ale jest dru­gim ser­wi­sem w Pol­sce. Ale ja uwa­żam, że kupo­wa­nie rze­czy przez inter­net będzie się roz­wi­jało i ten ser­wis ma swoje lep­sze czasy jesz­cze przed sobą. Mamy jesz­cze spółkę E-muzyka, która zaj­muje się dys­try­bu­cją branży muzycz­nej. A resztę mam sam albo z innymi wspól­ni­kami.

Mam na przy­kład taki ser­wis, który się nazywa Szafa.pl. Zaj­muje się sprze­da­wa­niem, pośred­nic­twem w sprze­da­wa­niu ciu­chów, ewen­tu­al­nie w wymia­nie. To jest bar­dzo fajny biz­nes, tam jest milion mie­sięcz­nie użyt­kow­ni­ków. Pod wzglę­dem ren­tow­no­ści i szyb­ko­ści roz­woju jest lep­szy nawet od Fotki. Pierw­szy zysk mie­li­śmy w dwu­na­stym mie­siącu dzia­łal­no­ści, co jest nie­zwy­kłe w biz­ne­sie inter­ne­to­wym. Ser­wis powstał w listo­pa­dzie 2008, w listo­pa­dzie 2009 mie­li­śmy już o 13 tys. więk­sze przy­chody niż koszty, a teraz po kolej­nych 12 mie­sią­cach spo­dzie­wam się jakiś 150 – 200 tysięcy zło­tych zysku. To jak na dwu­let­nią firmę jest cał­kiem nie­zły wynik.

Sam pan wymy­ślił ten ser­wis?

- Nie, to była taka roman­tyczna histo­ria. Przy­szło do mnie dwóch chło­pa­ków, któ­rzy zaczęli robić ser­wis Nasza Szafa na fali Naszej Klasy. Pró­bo­wali umoż­li­wić ludziom wymie­niać się ciu­chami. Ale to im nie­spe­cjal­nie szło i przy­szli do mnie po pomoc. Ja zain­we­sto­wa­łem w nich tro­chę pie­nię­dzy, tylko tyle, by mogli prze­żyć i nie chał­tu­rzyć przez pół roku. Popra­wi­łem ten ser­wis, doku­pi­łem im domenę Szafa.pl, aby mieli naj­lep­szą, no i poka­za­łem, jak to się powinno robić. Zro­bi­li­śmy spółkę i zaczę­li­śmy robić Szafa.pl.

Jest was trzech w tej spółce?

- Już tylko dwóch. Ja zwy­kle dzielę biz­nes na część tech­no­lo­giczną i na część mar­ke­tin­gową. W tej spółce ja robi­łem część mar­ke­tin­gową, część tech­no­lo­giczną robił drugi wspól­nik, a ten trzeci nie miał co robić. Spła­ci­li­śmy go.

To w sumie, ile pan ma takich spółek?

- Kil­ka­na­ście, ale nie wszyst­kie na tyle absor­bują moją uwagę, abym był w sta­nie je wymie­nić.

Nie roz­drab­nia się pan za bar­dzo?

- Nie. Cały biz­nes inter­ne­towy polega na tym, że trzeba dywer­sy­fi­ko­wać, nie można posta­wić tylko na jedną kartę, to jest prze­my­ślana rzecz.

Czy głów­nie pan sam wpada na pomysł, kie­ru­jąc się także tym, co jest na świe­cie, czy ktoś do pana przy­cho­dzi z pomy­słem?

- To zależy. W przy­padku Szafy to oni przy­szli do mnie. Ale naj­czę­ściej jest tak, że ja mam na tyle duże roze­zna­nie w tym, co warto robić, że jeśli cze­goś nie robię, to tylko dla­tego, że nie mam czasu, by się tym zająć. Więc jeśli ktoś do mnie przy­cho­dzi z pro­jek­tem, o któ­rym już myśla­łem i mam do niego prze­ko­na­nie, to tylko przy­spie­szam roz­wój, dając pie­nią­dze. Można roz­pa­lić ogień zapał­kami, a można polać pod­pałką i wtedy roz­pali się szyb­ciej.

Pan jest tą pod­pałką?

- No, jestem pod­pałką, która umoż­li­wia szyb­sze upie­cze­nie kieł­ba­ski. Druga rzecz to jest doświad­cze­nie. Ja już dzie­sięć lat to robię i sta­ram się pamię­tać, jak to było dzie­sięć lat temu. Mia­łem te same pro­blemy i wiem, jak ich unik­nąć. Sta­ram się uła­twiać im lawi­ro­wa­nie, żeby nie uto­nęli.

Ale wszystko, co pana inte­re­suje, zwią­zane jest z inter­ne­tem.

- Tak, z inter­ne­tem, ewen­tu­al­nie z ban­ko­wo­ścią, bo te dwie branże się prze­ni­kają, a w naj­bliż­szej przy­szło­ści będą się jesz­cze bar­dziej prze­ni­kały. Teraz robię ser­wis, który pośred­ni­czy w udzie­la­niu poży­czek mię­dzy mło­dymi ludźmi. Przy­cią­gamy ludzi powy­żej 28. roku życia, któ­rzy już dobrze zara­biają, i mówimy: Słu­chaj­cie, mamy tutaj chęt­nych na to, żeby poży­czyć pie­nią­dze od was i dać wam za to dobry pro­cent. Więc zamiast wło­żyć do banku, zosta­wiają u nas np. 50 tysięcy i chcą dostać z tego 10 proc. My te pie­nią­dze szat­ku­jemy na jakieś mniej­sze czę­ści i poży­czamy tym, któ­rzy potrze­bują. Cała idea polega na tym, że oby­wamy się bez banku, czyli ludzie wpła­cają pie­nią­dze do sys­temu, a my roz­da­jemy te pie­nią­dze innym użyt­kow­ni­kom. To się nazywa fachowo socjal len­ding. Od tego się oczy­wi­ście płaci podatki. To jest omi­nię­cie sys­temu ban­ko­wego.

Inte­re­suje mnie też tele­ko­mu­ni­ka­cja, czyli rze­czy mobilne. W nic innego się nie bawię. Jak ktoś mi mówi: Rafał, załóżmy kawiar­nię na Pra­dze, to ja mówię nie, bo ja się nie znam na tym. Nie założę elek­trowni wia­tro­wej ani nie będę han­dlo­wał opo­nami. Nie chcę się doty­kać biz­nesu, który nie jest moją pod­sta­wową dzia­łal­no­ścią.

A szkoła, którą pan zało­żył?

- To jest fun­da­cja, nazywa się Star­tup School. To nie jest szkoła, nie daję dyplo­mów. Chcę pomóc mło­dym oso­bom w wieku 20 lat w doko­na­niu wybo­rów, zanim oni jesz­cze się okre­ślą, co chcie­liby robić. Bo więk­szość traci roman­tyzm w momen­cie, kiedy koń­czy stu­dia, ale wtedy trud­niej zacząć pro­wa­dzić firmę, a dużo łatwiej — po pro­stu czy­tać „Wybor­czą”, wysłać CV i zna­leźć pracę w jakiejś fir­mie. Wtedy już ten czło­wiek jest stra­cony. Aby więc ich uchro­nić przed pracą w biu­rze, chcę ich zara­żać przed­się­bior­czo­ścią i robie­niem wła­snego biz­nesu.

Oni płacą za tę szkołę?

- Nie, ja im za to płacę. W waka­cje, bo trwa to od lipca do wrze­śnia, robię casting, czyli wybie­ram ok. 20 osób, gru­puję je w dwu­oso­bowe zespoły — jeden pro­gra­mi­sta, jeden mar­ke­tin­go­wiec — i roz­daję im dzie­sięć pro­jek­tów. Wynaj­muję im biuro, miesz­ka­nie, daję kie­szon­kowe, żyją na mój koszt przez całe waka­cje i mają robić te swoje ser­wisy. Po trzech mie­sią­cach dostają jesz­cze kolejne trzy mie­siące na popra­wie­nie tego, co zro­bili, potem pół roku na udo­wod­nie­nie, że to ma ręce i nogi i potrafi przy­no­sić pie­nią­dze.

I co?

- Jak wyj­dzie, to wyj­dzie, jak nie wyj­dzie, to nie.

A co pan z tego ma, jak wyj­dzie?

- 50 proc. udzia­łów w każ­dym przed­się­wzię­ciu.

Ile takich grup już wyszło?

- W tam­tym roku dzie­sięć i w tym roku dzie­sięć.

Ale sen­sow­nych pew­nie z pięć-siedem. Naj­cie­kaw­sze z tam­tego roku oka­zał się naj­młod­szy zespół. To był ser­wis pisany przez 17-letnią dziew­czynę i 18-letniego chło­paka. Zro­bili ser­wis dla dzieci, który umoż­li­wia adop­to­wa­nie czy utrzy­my­wa­nie swo­jego pie­ska, kotka, kar­mie­nie go, wypro­wa­dza­nie na spa­cer itd. Taka zabawa, ale z funk­cję edu­ka­cyjną, bo to uczy odpo­wie­dzial­no­ści.

I to funk­cjo­nuje?

- Ma już 130 tysięcy użyt­kow­ni­ków, przy­ję­li­śmy pierw­szych pra­cow­ni­ków.

Ile w sumie osób pra­cuje dla pana?

- Około 80.

Uważa pan, że praca w cudzej fir­mie jest złą rze­czą?

- Nie, ale ja oso­bi­ście mam awer­sję do takiego życia pod tytu­łem „praca w kor­po­ra­cji”. To jest zara­bia­nie na bar­dzo prze­ciętne życie. Jeśli miał­bym być takim sze­re­go­wym pra­cow­ni­kiem, to bar­dziej na zasa­dzie zabawy. Jest taki film — „Ame­ri­can Beauty” — w któ­rym boha­ter, Kevin Spa­cey, w wieku 40 lat rzuca swoją kor­po­ra­cję i zatrud­nia się w McDo­nal­dzie. To ja tak samo mógł­bym się zatrud­nić w jakiejś kor­po­ra­cji w wieku 40 lat, jak mi się już znu­dzi pro­wa­dze­nie wła­snego biz­nesu.

Ma pan wizję sie­bie za 10 czy 20 lat?

- Uwa­żam, że kariera przed­się­biorcy, który na wła­snych bar­kach pro­wa­dzi biz­nes, jest podobna do kariery pił­ka­rza. Kiedy ma on 20 – 22 lata, to ktoś go zauważa i tra­fia do dobrego zespołu, jak ma 24 – 26 lat, to naj­szyb­ciej biega na boisku i strzela gole, jak ma 28 – 30 lat, to już tyle nie biega, ale wie, gdzie się usta­wić, i nadal strzela gole. Ale jak ma 32 – 35 lat, to już i nie biega, i już nie wysta­wiają go do pierw­szego składu, no i trzeba się sal­wo­wać ucieczką albo na ławkę tre­ner­ską, albo w ogóle prze­stać się bawić w ten biz­nes. Czter­dzie­sto­letni biz­nes­men jest jak 40-letni pił­karz bie­ga­jący po boisku — naj­lep­sze czasy są już za nim. Apo­geum naszych zdol­no­ści inte­lek­tu­al­nych osią­gamy w wieku dwu­dzie­stu paru lat.

To z taką filo­zo­fią, co pan będzie robił w wieku 40 lat?

- Na pewno nie należę do osób, które nie potra­fią żyć bez pracy. Ja nie jestem zmę­czony, cho­ciaż po raz pierw­szy w tym roku po dzie­się­ciu latach byłem na waka­cjach. Nie mam jakiś stre­sów, ostat­nio stre­sową sytu­ację mia­łem na egza­mi­nie na uczelni. Więc mam takie prze­świad­cze­nie, że spo­koj­nie mogą rzu­cić pracę i zająć się czymś innym. Cho­ciażby poma­ga­niem innym czy ucze­niem innych. Ta szkoła jest może wła­śnie wstę­pem do tego, by tę wie­dzę prze­ka­zać innym oso­bom.

Zro­zu­mia­łam z tego, że pana zda­niem czło­wiek star­szy, czyli taki po trzy­dzie­stce, jest mniej pro­duk­tywny.

- Ja mówię tylko i wyłącz­nie o fizycz­nych i psy­chicz­nych moż­li­wo­ściach, o poten­cjale, a kto jak go wyko­rzy­stuje, to jest inna kwe­stia. Cho­dzi o to, że tylko ludzie mło­dzi, w wieku 20 – 22 lat, są na tyle nie­roz­sądni, że nie wie­dzą, w co się ładują. Wtedy naj­le­piej ich zagar­nąć do biz­nesu. Taki czło­wiek ma dużo ener­gii i szybko biega — w prze­no­śni — po tym boisku, jesz­cze nie strzela goli, trzeba go tego nauczyć, ale ma dużo moty­wa­cji i ma warunki fizyczne. Dla­tego ja chcę zaga­niać osoby w wieku 20 lat, żeby poczuły, czym jest ten biz­nes, i one w wieku 25 lat już nie będą chciały wró­cić do tego modelu, może bar­dziej bez­piecz­nego, pracy u kogoś.

Ma pan jakieś marze­nia, plany, ambi­cje, np. żeby zna­leźć się w pierw­szej setce naj­bo­gat­szych Pola­ków?

- Nie, nigdy pie­nią­dze nie były dla mnie spe­cjal­nie istot­nie. Ja do tej pory jeż­dżę 27-letnim saabem i mam kre­dyt hipo­teczny. Bar­dzo sobie cenię fakt jego posia­da­nia, bo to trzyma czło­wieka przy ziemi, co mie­siąc się płaci raty. Uwa­żam, że kon­sump­cjo­nizm jest zgubny. Mnie wystar­czy do funk­cjo­no­wa­nia jakaś okre­ślona kwota, a to, że biz­nes ma się dużo lepiej i teo­re­tycz­nie mógł­bym mieć więk­sze pie­nią­dze dla sie­bie, nie­wiele zna­czy. Jakie ma zna­cze­nie, czy ktoś ma 10 milio­nów, czy 30 milio­nów, czy 300, nie ma to zna­cze­nia, bo to i tak jest dużo pie­nię­dzy. Jest jakiś poziom zaspo­ko­je­nia pod­sta­wo­wych potrzeb, czyli miesz­ka­nie, samo­chód, wydatki na jedze­nie, podróże itd., a powy­żej to już jest jakaś abs­trak­cja.

Jest pan młody, zdolny…

- No już nie, już będę miał 30 lat za dwa tygo­dnie.

…ale podobno także nie­wia­ry­god­nie cyniczny, mani­pu­luje pan ludźmi, oce­nia po wyglą­dzie. Sam pan o sobie tak napi­sał.

- Tak napi­sa­łem, ale mia­łem wtedy 22 lata.

A czy to prawda?

- Tro­chę prawda, a tro­chę to był wize­ru­nek na pokaz. Jeśli spo­ty­kamy kogoś, kto ma wize­ru­nek osoby agre­syw­nej, złej, pod­cho­dzimy do tej osoby z rezerwą, spo­dzie­wa­jąc się jakie­goś roz­szar­pa­nia na strzępy. A kiedy potem ta osoba oka­zuje się nie taka straszna, to jej odbiór jest dużo lep­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści. Ale z dru­giej strony — ja się od tam­tej pory zmie­ni­łem, muszę ten wpis zmie­nić na 30. uro­dziny, bo na tyle mi się zmie­nił cha­rak­ter, że to już do mnie nie pasuje. Dziś bym nie napi­sał, że jestem nie­wia­ry­god­nie cyniczny, zło­śliwy.

To co się zmie­niło?

- Myślę, że to jest kwe­stia wieku. Zmie­nia się podej­ście do życia i w pew­nym sen­sie sta­jemy się innymi ludźmi. Spo­kor­nia­łem czy zła­god­nia­łem tylko. Zmie­niają się prio­ry­tety — dla mnie praca już nie jest naj­waż­niej­sza, teraz waż­niej­sze wydaje mi się poma­ga­nie innym. Nie­dawno kolega powie­dział że w wieku 30 lat zaczyna się dostrze­gać wła­sną nie­do­sko­na­łość, a jed­no­cze­śnie zaczyna się dostrze­gać róż­nice mię­dzy ludźmi. Ja co prawda nie dostrze­gam jesz­cze wła­snych nie­do­sko­na­ło­ści, cho­ciaż zdaję sobie sprawę, że pew­nych rze­czy już nie mogę, ale fak­tycz­nie, jakby czło­wiek dużo bar­dziej zna się na ludziach.

Jakie ma zna­cze­nie, czy ktoś ma 10 milio­nów, czy 30 milio­nów, czy 300, nie ma to zna­cze­nia, bo to i tak jest dużo pie­nię­dzy. Jest jakiś poziom zaspo­ko­je­nia pod­sta­wo­wych potrzeb, czyli miesz­ka­nie, samo­chód, wydatki na jedze­nie, podróże itd., a powy­żej to już jest jakaś abs­trak­cja.

Źródło: www.wyborcza.biz

Poznaj łódzkich Pra­co­daw­ców! Zapra­sza POLKOMTEL!

21.05.2012

Chcesz poznać stan­dardy pracy w wio­dą­cej na pol­skim rynku fir­mie tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nej? Poznać warunki zatrud­nie­nia oraz moż­li­wo­ści odby­cia prak­tyk? A przy oka­zji wziąć udział w pro­wa­dzo­nych przez pro­fe­sjo­nal­nych tre­ne­rów Warsz­ta­tach Sprze­da­żo­wych? wię­cej »

filtruj

usuń filtrowanie


042 magazine Echo Miasta Eska Gazeta Wyborcza Polska The Times Dziennik Łódzki Radio Łódź Studenckie Radio ŻAK Politechniki Łódzkiej TOYA TVP ŁÓDŹ